|
Napisałbym książkę, ale nikt nie chce zapłacić mi z góry.
środa, 04 stycznia 2012
Trochę lipa bo znów o gównie. Mam wyrzuty, ale doświadczyłem doświadczenia gównianego. Żeby jednak nie nadużywać słowa "gówno" zastąpię je słowem "materiał". Na uwadze mając zwiększenie swojej atrakcyjności na rynku pracy, poza zatajeniem wykształcenia wyższego filologicznego, postanowiłem sobie wyrobić książeczkę epidemiologiczno - sanitarną. Poszedłem, wiadomo do sanepidu, dostałem wiadomo pojemnik na materiał. Zapytałem ile należy uchwycić by próba wiarygodna była, otrzymałem odpowiedź: "ILOŚĆ NIEWIELKĄ". Informację tę do serca sobie biorąc, na dzień następny z rana materiał przygotowałem w ilości adekwatnej i poszedłem do instytucji aby próbkę zdać. Tam zaś tłok, harmider, chaos, raban, granda, zgiełk i krzątanina! Ludzie wypełniają druczki, uiszczają opłaty, pytania głupie zadają. W kolejkę się wpychają, kłócą się, rękami wymachują, w rękach tych materiał trzymają. Materiał był właściwie wszędzie, na krzesłach, stołach, parapetach, podłogach. A ludzie różnorodni; studenci, studentki, ładni, brzydcy, starzy, młodzi. Teraz meritum: Niektórzy wykazali się klasą, inni ignorancją i chamstwem jeżeli o formę i ilość materiału idzie. Po prostu wieśniactwo skrajne, gdy tak patrzyłem na wypełnione po brzegi materiałem pojemniki. Co sobie do kurwy nędzy panie w laboratorium pomyślą? Ja bym się wstydził! Moja próba ładna, zgrabna odzwierciedlająca moją kulturę osobistą, obycie, może nawet poczucie humoru i powierzchowność przyjemną. Postarałem się. Laborantka badając taki materiał powie: "o proszę jaki ładny materiał od Tomka, od razu widać, że to sympatyczny ułożony mężczyzna". A co sobie pomyśli o materiale niechlujnym, brzydkim? ... że fleja, że cham, że wiocha i słoma z butów ... , mimo że najki. Gdyby za reprezentatywność kupy dawali czipsy kurczakowe, miałbym karton tych najlepszych.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Codziennie, może przesadzam, że codziennie, jeżdżę windą i codziennie w tej windzie inaczej śmierdzi. Dzisiaj śmierdziało psem, ale nie takim psem co jest w porządku, co to chce się psa pogłaskać po głowie i powiedzieć właścicielowi - wporzo pies prosze pana, ale takim psem co to jest odbiciem patologii co się dzieje w domu, niemoty intelektualnej, durnoty, chamstwa i niemycia kibla w kiblu i odprysków gówna na sedesie o czym później. Otóż smród psa to nie wszystko, jest jeszcze kobieta w dredach i dziecko, w których historię zagłębiał się nie będę, ale proszę sobie wyobrazić bukiet smrodu: pies o powyższym rysie, kobieta w dredach blond i dziecko jejże. Kobieta ma na sobie perfumę droższą, która zakamuflować ma niedomycie w miejscach zaniedbanych. Zresztą nie wiem czy droższą, ja tam się nie znam. I tak codziennie w tej windzie inaczej śmierdzi. Zdarza się mocz, pot, łzy i stara baba klasyczna. Bywa też krew, ale ona nie śmierdzi. Krew znaczy, że budowla żyję, że organizm funkcjonuje. Wracając do ujebanych kibli. Byłem ostatnio, na święto zmarłych dokładnie, w centrum miasta Wrocławia, w knajpie co się Setka nazywa. Wszystko wporzo, piwo tanie a i klimat taki jakiś co ja lubię. Klientela różnoraka, z dupy wzięte menu. Przyszła stara baba i dziad stary prosto z cmentarnej przechadzki jak mniemam. Zamówili jaką garalete i do tego kielon, dla kobiety wino. Myślałem pozytywnie o parze urokliwej do momentu gdy dziad z toalety skorzystać zapragnął. Poszedł i go nie było jakie dwadzieścia minut, czym mi za skórę zalazł, bo sikać mi się chciało po tanim piwie za pięć złotych. Wyszedł wreszcie i zdanie o dziadzie o sto osiemdziesiąt stopni zmienić musiałem. Bo to co zobaczyłem i poczułem w głowie się nie mieściło. Jak tak doświadczony homo sapiens mógł poczynić taki nieład na wszystkich frontach. I śmierdziało, ale to wiadomo, wybaczyć można, nawet należy, wszak taki urok kibla. Ale zasrać muszlę, sedes, klapę, nie posprzątać, po czym wyjść i zamówić jeszcze jedną porcję flaków i żreć bezczelnie to już przesadyzm. Wziąłem i wyszedłem myśląc sobie, że nigdy już tam nie wrócę, generalizując przez najbliższą godzinę wszystkich starych ludzi w autobusie, z obrzydzeniem zerkając takim, że gdyby mnie jakiś zagaił, zapytał: - czy na Różance staje? Odpowiedziałbym: - Ty chuju! *archiwum bloga jest tam po prawej, pod reklamami, podpisałem ">ARCHIWUM BLOGA <", żeby było prościej, fajniej i sympatyczniej.
środa, 23 listopada 2011
czwartek, 06 października 2011
czwartek, 29 września 2011
Macie już swoje faworytki w top model? Okazało się, że mam około dwustu nieopublikowanych notek. Oczywiście miałem swoje powody żeby ich nie publikować - były i są słabe. Nudziłem się jednak, przerwałem na chwilę lekturę książki pt. "rozmowa kwalifikacyjna" i oddzieliłem ziarno od plew, a raczej plewy od plew ... takie the best of the worst (niektóre sprzed lat czterech nawet, więc życiowo nieaktualne), wyrwane z kontekstu - ciągłości fabuły nie ma, celowo nie ma: ----------------------------------------------------------------------- Byłem po fajki okrężną drogą, a mimo to zdążyłem przed wygaszaczem ekranu - alegoria taka, niech będzie, że życia, ale mojego, nie twojego. Przestałem lubić ten blog. Głupio mi jednakowoż, wszak wchodzą tu ludzie jeszcze i komentują i nawet mobilizują - mówią, że chuj mi w dupkę, co jest wielce urokliwe. Ale też dostałem kilka meili, w których piszą ludzie, że czemu nie piszę, że szkoda, bo lubią te moje śmieszne historyjki ;/ Oglądam "Dom nie do poznania" bez dźwięku i wygląda to trochę jak soft porno. Młode, piękne dziewczęta w roboczym ubraniu, hełmach, z jakimś młotkiem, co to wyobraźnie pobudza. Czemu nic nie piszesz panie Tomku? Bo mnie się nie chce, a i nie wiem o czym, a i też mi nie zależy. Jeżeli ktoś pisze bloga i mu zależy, to blog ten już na starcie jest zły, kiepski i o dupę przysłowiową rozbić. Żeby blog był blogiem dobrym należy go pisać z myślą o sobie. Pisać go należy z potrzeby serca, czasem mózgu. Pisać nie należy na siłę i kłamać nie należy. Fakty naciągać należy, ale nie należy wyrażać swoich opinii, jeżeli opinie te są podobne do opinii innych. Nie powinno się zwracać do czytelników bezpośrednio, bo to świadczy o buractwie piszącego. Piszący wtedy zakłada, że ktoś go czyta, a ktoś z tak rozpasanym ego nie powinien pisać bloga. Nie powinien też właściwie żyć... Okazuje się, że fejsbuk obnażył większość moich znajomych robiąc z nich totalnych idiotów. Szkoda, bo niektórych nawet lubiłem. Porzuciłem pracę na trochę z przyczyn ode mnie niezależnych i nie wiem co ze sobą zrobić. Moja dziewczyna pracuje ciężko i wraca późno. Ja sobie staram jakoś zorganizować czas i różne takie zajęcia sobie wymyślam. Na przykład wstaję rano i robię sobie kawę. Potem tę kawę piję i potem idę kupę - tak sobie wymyśliłem i tego się trzymam. Lubię robić kupę. Na chwilę odrywam się od trosk wszelakich czytając katalog PRAKTIKERA, co to znalazł się w łazience i nikogo nie obchodzi jak. To jest dopiero marketing! Ja jestem takim wirtualnym wymiataczem i na przykład żenuje mnie jak jakiś mój ziom, zamieści filmik, który widziałem miesiąc temu i sobie myślę - ty lamusie. Gdybym mógł sobie zrobić przeszczep i mógłbym wybrać czego, wybrałbym ten kawałek głowy odpowiadający za bycie tak zajebistym jak wy. Odbyłem rozmowy dwie na fejsie. O życiu nawijaliśmy, krótko acz treściwie. Bogdan powiedział, że musi spierdalać z fejsa, bo cały dzień na budowie i jest zmęczony. A Mateusz, że za pożyczone żyje. Pierwszy chciał być zawodowym żołnierzem, drugi robi niekomercyjne filmy. W kraju więdnącego chuja mężczyzna dojrzewa kiedy podejmuje decyzje o wyjeździe za granicę. Żeby robić hajs. Ja jestem opóźniony w rozwoju. Pierwszy stosunek odbyłem po dwudziestce, choć do dziś nie mam pewności czy można go odhaczyć. Od szlug uzależniłem się w momencie kiedy trendi było rzucać. Pierwszą sensowną książkę przeczytałem gdy osiągnąłem ćwierćwiecze. Nadal rysuje kutasy na zakurzonych powierzchniach płaskich i cholernie mnie to bawi. Odechciało mi się prowadzić bloga, nie mam weny, nie czuję żadnej potrzeby zwierzania się, żartowania, wymyślania i zwymyślania. Kace miewam rzadko. Nienawidzę biur. Na rzecz wszystkich fizoli świata jestem w stanie ukamienować swoje intelektualne zapędy. Nienawidzę syfu wszechobecnego w postaci muzycznej awangardy. Nie lubię czekać na światłach z tą całą ambitną gównianą świtą. Nie lubię też malowniczych charakterów wykreowanych przez młodych duchem starych zmaterializowanych w sukces. Przeżywam drugą starość, mam nawrót niezdiagnozowanej choroby. Wiem tylko, że jest cywilizacyjna. Telewizja publiczna poczyniła postęp. Seksualna rewolucja w serialu "rodzina.pl". Najbardziej irytujący serial jaki można sobie wyobrazić. Warszafka bezczelnie ukazuje zakompleksionemu zaściankowi jak należy żyć. Jak dziecię należy wychować. Wszystko z nutką żenującego dowcipu. Z najgorszym aktorem wszech czasów, bucem nad bucami, tvnowskim błaznem numer dwa Karolakiem. Od dziś nie płacę abonamenu. Frajer nawet jak ma okazję to się w kolejkę po szynkę z promo nie wpierdoli. Cwaniak zaś wpierdoli się nawet jak nie ma okazji. Ja jestem frajerem, rasowym takim. Dzisiaj na poczcie po awizo - je odebrać - stałem. Pół godziny bo byłem frajerem. Cwaniacy stali krócej. Nie wkurwiam się jak stoję w kolejce. Stoję i czekam jak należy, nie kombinuje. Kombinowanie w mniemaniu mym jest passe jakże. Tak se skojarzyłem jak kiedyś, a miałem z jakie lat dwanaście, z matką i ojcem nad morzem w Pobierowie byłem. Był tam rybak, który wrócił z połowu i tak przebierał te ryby, ładował gdzieś tam i nagle patrzy, jedna śnięta, mała taka fląderka ... a że ja akurat przechodziłem, daje mi te rybę i mówi, a właściwie pyta: - chcesz wypuścić rybkę do morza? Wziąłem tę martwą flądrę za ogon, przeszedłem z dwadzieścia pięć metrów i z niesmakiem wyjebałem ją do wody, ta se bezwolnie dryfować zaczęła, a ja poszedłem na automaty grać w mortala. Płyta 'sax and sex' Roberta Chojnackiego podobno była rekordową, bo w największej ilości kaset się sprzedała w jakiejś tam historii, mniej lub bardziej konkretnej. A sprzedałoby się jej jeszcze więcej gdyby nie miała w nazwie 'sex'. Byłem fanem, Piotrek też ... ale wstyd było poprosić ... przez cały ten 'sex'. Najgorsze jest to, że ekstrawertycy nie mają pojęcia, jak nas dręczą. Czasami, gdy bierzemy wdech, słuchając ich gadaniny w 98 procentach pozbawionej treści, zastanawiamy się, czy oni słuchają sami siebie. Jednak wytrzymujemy to ze stoickim spokojem, bo podręczniki dobrego wychowania – napisane bez wątpienia przez ekstrawertyków – twierdzą, że nieodwzajemnianie żartobliwych uwag jest niegrzeczne, a momenty ciszy podczas rozmowy są kłopotliwe. Szedłem ulicą, gdy po jej stronie drugiej kobieta na śliskiej nawierzchni upadku doświadczyła. Upadek był dość intensywny. Niezwłocznie przystąpiłem do wgłębienia się w kontekst sytuacji, która przecież tego wymagała. Natychmiast począłem rozpatrywać za i przeciw, błyskawicznie rozpocząłem analizę, w mgnieniu oka przedsięwziąłem myślowy proces, który miał zdecydować czy aby pomóc, czy aby nie pomóc poszkodowanej. Kiedy decyzja już podjęta niemalże była, poszkodowana zaczęła się poruszać, wtedy musiałem uruchomić kolejną fazę procesów myślowych - zrobiłem to nie mniej niezwłocznie niż razem poprzednim. I kiedy już sus ku pani robiłem, ta się podniosła, otrzepała i poszła kulejąc dalej. Ja też poszedłem dalej, z uczuciem spełnienia, wszak co mogłem uczyniłem. Ostatnio dowiedziałem się co znaczy "brutto" i nie bardzo mi się to podoba. Miłość porównałbym do wymiotowania, nie jakiegoś pijackiego rzygania na bruk tylko wymiotowania, a dokładniej do odruchu wymiotnego. Odruch wymiotny to piękna, naturalna, niekontrolowana reakcja organizmu. Podobnie jest z miłością, też tego nie kontrolujemy. Niby mamy ochotę zwymiotować motylkami z brzucha, a z drugiej strony się powstrzymujemy. Ona się porzygała. Porzygała przy pierwszym odruchu, nie czekała na kolejne, nie walczyła, wsadziła dwa palce w gardło i zarzygała sobie buty, potem nogawki, a potem zaczęła się w tym taplać. On niestety puścił tylko małego wyrafinowanego hafta. Ostatnio aplikowanie to moje ulubione zajęcie. Siedzę sobie, piję kawę, palę szluga i aplikuję. Fajnie się aplikuje. Ostatnio aplikowałem na pakowacza. Jeszcze nie wiem co będę pakował i czy w ogóle będę, ale jak będę się starał w banku o kredyt i pani mnie zapyta: - aktualne zajęcie? Będę mógł z dumą odpowiedzieć: - pakowacz. Chociaż ... może nie wiem w co się pakuję. Oczywiście nie napalam się na tę pracę. Pewnie będzie tak samo jak się napaliłem na konsultanta telefonicznego. Zadzwoniła do mnie pani i się pyta czy aplikowałem, to ja mówię, że jasne, że tak, nawet jeśli nie aplikowałem, nawet jeśli się pomyliła i zadzwoniła do mnie przypadkiem, to może spodoba jej się mój seksi wojs i powie, wyśle nam pan swoje si wi i umówimy się na przesłuchanie. Zapyta mnie dlaczego chciałbym tę pracę, a ja odpowiem, że bardzo cenię państwa firmę, dużo o niej dobrego słyszałem i naprawdę chciałbym od państwa tysiąc trzysta otrzymywać cyklicznie - tak raz w miesiącu, może być z opóźnieniem, może być czasem mniej, ja będę dobrym pracownikiem, rzetelnym przede wszystkim i będę się uśmiechał i na imprezy integracyjne z radością przybywał i opowiadał kolegom w samych superlatywach. Będę dbał o dobre imię państwa firmy i złego słowa na przełożoną nie powiem, choć brzydka i głupia będzie ona. Właśnie nieopatrznie wypowiedziałem zdanie da głos, co gorsza na poważnie: - Kurwa, ale ta Cerekwicka schudła. Ja nie wiem co wy widzicie w tych blogach, ja nie wiem po co wy je czytacie. Ja nie lubię blogów, a jeszcze bardziej blogerów, jeszcze zaś bardziej określenia "bloger". Blogerzy to w większości lachociągi z ego wyrwanym z kontekstu jakiejś pierdolonej bajki pseudodziennikarskiej gdzie przecinek jest bogiem. Nienawidzę czytać blogów innych niż swój. Piszący wykazują się skrajnym debilizmem. "Woltyżerka słowna" to szczyt ich słownej woltyżerki, którą myślą, że uprawiają. Uwielbiają mieć opinię na temat wszystkiego. Opinię czerpią z opiniotwórczych telewizji, prasy opiniotwórczej, i czerpią do wyrzygania, a potem rzygają z polotem gazetki studenckiej, a gdy już wyrzygają to czekają, aż ktoś to zliże z rumieńcem na licu i wzwodem choć niepełnym. Nienawidzę blogów. A jeszcze bardziej nienawidzę jak mi ktoś podjada frytki z talerza. Kiedyś pisałem o mojej obsesji na punkcie grzyba. Że wynająłem mieszkanie a tam za szafą grzyb. Nie dawał mi spokoju, zwłaszcza, że przeczytałem, iż pasożyt taki może powodować różnego rodzaju powikłania zdrowotne. Z grzybem jednakże postanowiłem powalczyć. Sugerując się poradami internautów zakupiłem kilka specyfików, które miały mi pomóc w sprawie. Jednakże wtedy była zima, a jako że usunięcie było procesem, a jednym z kroków miało być wietrzenie mieszkania, postanowiłem, że poczekam do wiosny. Przez ten czas miewałem urojone migreny, przedwczesne wytryski i niechęć do samogwałtu, ale jakoś dawałem radę. Później o grzybie zapomniałem i objawy ustąpiły. Dziś grzyb jest jeszcze większy jak mniemam, ale już mi nie przeszkadza, nawet jak o nim myślę, to wporzo raczej. Jest, niech będzie, widocznie Pan ma plan, żebym z grzybem w komitywie żył. Otóż bucem jak nie zostać, szczególnie w moim mniemaniu nie jest łatwo. Bucowatość jest raczej powszechna i już się do niej przyzwyczaiłem. Stoję sobie w kolejce: przede mną buc, za mną buc, na necie buce same, w bankach buce pracują i dobrze się mają. Ja bywam bucem. Buce rasowe jednakowoż nie zdają sobie sprawy z bucowatości swojej. Pomyślę sobie teraz o kilku podręcznikowych bucach i podam cech kilka buca właściwego. Buc zatem odznacza się bucowatością. Dlaczego buce zawsze mają na zdjęciach czerwone ryje. Czasem na mojej naszej klasie jest tyle czerwonego, że mam ochotę wystąpić z partii. Znów ktoś jest w ciąży, znów nie ja, a kreatywność to, znalezienie fajnego pleneru do ślubnych fotek. JACKPOT na naszej klasie - cztery bachory w jednej linii! W sklepie obok jest wszystko prócz alkoholu. Wszystko okazuje się niczym. Poszedłem po piwo, ale zaczęło mnie zastanawiać czemu nie ma pieczywa, zatem pytam gdzie jest pieczywo, okazało się, że trzeba iść prosto i w lewo, patrze jest pieczywo, biorę chleb, płacę i wychodzę ; / Wiecie co lubię w winie? Że tanie jest. Bo za siódemkę można mieć całkiem ładnie wyglądające wino półwytrawne, które można spożyć ze szkła okazjonalnego z kobietą, a ona się nie połapie, że to siarka, co więcej powie, że jej smakuje. No i jeszcze moc chwil wzniosłych możemy upozorować wyciągając przecież korek korkociągiem jak na filmie. Co u mnie? U mnie tak jakoś, ale bywało lepiej, gorzej też bywało. Światu mam do przekazania niewiele - taka niemoc mnie dopadła. Depresja mi jakoś wybitnie nie dokucza, choć może powinna. Teraz tylko humoru biorytm mi opadł, bo Anna Dymna w telewizji. Ona nawet jak się uśmiecha to tak, jakby płakać miała. Nienawidzę jej. Zjadłem tort tak mdły, tak w mdłej atmosferze, że rzygał będę przez następny tydzień na różowo. Na monitorze mam taką małą plamę, która owszem irytuje mnie, ale jakoś nigdy nie miałem na tyle samozaparcia żeby ją zetrzeć, wytrzeć, zdrapać, usunąć. Przez parę miesięcy, gdy pisałem cokolwiek, chociażby na tym blogu, a plama zasłaniała mi tekst, przesuwałem scrollem w dół. Przed chwilą naśliniłem palec i w niecałą sekundę plamę zlikwidowałem. Nadgorliwy kutas ze mnie. Jebać kontekst, ale byłem dziś w dwóch toaletach i w obu popsułem spłuczkę. Nie że naumyślnie! A może przede mną już nie działały... W każdym razie jedna nie spłukuje, druga spłukuje permanentnie. Asertywność odziedziczyłem po starym, który kupił trzy płyty z muzyką Szopena, bo nie był w stanie odłożyć słuchawki, gdy młoda pani nęciła go słodkim dość głosem i argumentami: - w roku szopenowskim wypadałoby zapoznać się z twórczością pianisty. Nie jest z nim tak źle, bo jak twierdzi: - Jeszcze jakiegoś Mozarta mi chciała wcisnąć! Jesteś kurwa nieatrakcyjna - twój charakter chujowo wygląda w szpilkach, a twoje poczucie humoru nie dorównuje mojej wątrobie. Uczyłem się czterech, żadnego nie znam - predyspozycji do języków nie mam. Nawet minetę słabą robię. Życie mnie często negatywnie zaskakuje. Skończyłem polonistykę, okazało się, że mam predyspozycje do pracy fizycznej. Cóż za niefart. Wziąłem kredyt na studia, okazało się, że nie mam predyspozycji do ich skończenia. Do spłacania kredytu zresztą też. Promocja harnasia jest, zatem palety z browarem oblegane. Kolesie starsi, kolesie młodsi się gromadzą: - ile to ma procent? - jakby do siebie, jakby do mnie - gość zapytuje - pięć cztery - jakby do siebie, jakby do niego - odpowiadam Miałem rozmowę, jebać kontekst, z panem, który był miły i stary, ale miły i na czasie taki. Opowiedział mi jak był na Avatarze, choć nie lubi sajens fikszyn, ale poszedł dla efektów, powiedział, że super. Opowiedział mi co lubi i mówił o wszystkim tylko nie o pracy, pieniądzach, żonie i dzieciach ... jakby nie z tej ziemi, nie z tego miasta, nie z tej planety był. Nie lubię mówić o sobie, a już na pewno tobie, co mówisz o sobie w trzeciej osobie. Męczy mnie chodzenie, przechadzanie się, między ludźmi się przeciskanie, między ich nudnymi powierzchownościami. Nie zdają sobie oni sprawy, że podrzędny, podręcznikowy pener, menel czy lump ma więcej do powiedzenia. A co myślą? Boję się myśleć. Presja z każdej strony. Ostatnio nawet w rozmowie kogoś z kimś, kto był jej świadkiem i ten ktoś podsłuchał wers słowny o mnie, a brzmiał on tak: - co u Tomka? dalej nic nie robi ze swoim życiem.? Szedłem sobie, a daleko było, to i wypaliłem papierosów trochę. Wszak mam zamiar rzucić to muszę się napalić. Przeglądam się w wystawach sklepowych, patrzę - fryzjer ładny taki! Nawet chyba nie gej, po prostu ładny. Spodnie białe, koszulka czarna ze skrzydłami anioła, obcisła, klatę uwydatniająca. Włosy piękne, takie wystrzyżone, wiecie, jak to fryzjer-mężczyzna. Gadżet też miał na nadgarstku. W trakcie pracy był gdyż strzygł. Niby nic nadzwyczajnego, ale strzyżonym był gość identyczny. Fryzjer miał bliźniaczego klienta, strasznie mnie to ujęło. Kurde, zawsze jak chcę napisać coś w miarę normalnego, takiego całkiem wporzo, bez nutki ironii, to mi to nie wychodzi. Dlatego mam problem, z mówieniem rzeczy miłych. Żeby komplement w moich ustach brzmiał wiarygodnie, coś co zachwalam, naprawdę musi się mi podobać. Dlatego nigdy, przenigdy nie pytaj się mnie czy ładnie wyglądasz, kiedy nie wyglądasz. I już wiem co chcę w życiu robić - sprzątać po nocach biura prezesów. Chęć pracy w nocy, to najwyższa forma zblazowania, rozczarowania, frustracji, desperacji i masturbacji. Znalazłem się w towarzystwie, które składało się z trzech par. Schemat picia w parach wygląda tak: chłopcy piją jedną trzecią więcej niż dziewczęta, ale też nie tyle żeby się sponiewierać. Dziewczęta zaś piją, biorąc łyczki jak najmniejsze, żeby czasem nie chlapnąć czegoś, po czym rumieńcem się obleją. Dziewczęta w pewnym momencie idą na parkiet, a chłopcy siedzą i piją, patrząc czy aby chłopiec jakiś nie zbliży się do słoneczka na odległość zwiastującą kłótnie. Szałowy wypad. A ten ten typ dziewczęcia znacie, studentka imprezowej logistyki: - Najpierw pójdziemy do Bohemy, tam już zarezerwowałam nam stolik. Dojdzie do nas Rafał z Moniką, a później Krzysiek z Agą, może Kamila z Bartkiem, choć oni siedzą w Salvadorze, ale jak będzie drętwo to przyjdą, w każdym razie będziemy w kontakcie. Później proponuję się przenieść do Bezsenności, gdzie będą już czekać Sandra z Kamilem. Najwięcej wpisów dodałem bezpośrednio po wizycie w kiblu. Byłem dzisiaj w Galerii Dominikańskiej, patrze sklep jakiś, myślę wejdę, kupię pierwszą lepszą czarną koszulkę i wyjdę. Zawsze brałem eL. Widzę, o ta będzie wporzo, wziąłem eL, poszedłem do przebieralni. Jak się rozebrałem, zauważyłem, że urosły mi cycki, a między nimi miałem wielkiego pryszcza. Najbardziej się wkurwiam gdy dziewiętnastoletni tępi pseudojapis zwracają się na "ty" do penerów zbierających puszki. Nie dość, że nie zna gówniarz zwrotu grzecznościowego, to jeszcze spłyca interakcje takimi zwrotami jak "koleżko" czy "szefie". A ostatnio, co mnie poruszyło dość istotnie, gówniarz rzeczony zwrócił się do pana: "masz tu misiek puszkę" - no stary, pójdziesz do nieba, na bank! za dobroć okazaną ... Kulturalna degrengolada i chujowizna się szerzy. Szanowna eminencjo-inteligencjo, szacunku trochę ... Jak to ktoś mądrze napisał: "nieważne, że srasz w miejscu publicznym, ważne, że rodzice nauczyli cię kultury." Spadam, jadę do domu, kilka dni bez Ewy Drzyzgi dobrze mi zrobi ... Jeżeli na zdjęciu widzicie przyjaciółkę, która pod swoją uczelnią, ubrana na apelowo, trzyma taki prostokąt, z napisem "praca magisterska", może to świadczyć o tym, że właśnie ukończyła studia i stała się mądra. Komentować należy: "Gratuluję" albo "do twarzy ci z wyższym wykształceniem". Jeżeli na zdjęciu widzicie przyjaciółkę w bieli, w takiej ładnej długiej sukni, z takim czymś długim z tyłu (welon), istnieje duże prawdopodobieństwo, że twoja przyjaciółka wyszła za mąż. Nasza reakcja powinna wyglądać mniej więcej tak: "gratuluję", "śliczna panna młoda z ciebie" i uniwersalne "super kasiu!". Furki, górki i komórki ... nie ma to jak korporacyjna świta. Szisza, trochę wódki i grube dziewczęta. Opowiadanie żartów na dwa głosy i balkonowe zwierzenia. W luźnej rozmowie z Jakubem żartobliwie zaintonowałem: chyba twój stary! ... i tu głos strofujący mnie się odezwał: - w złym momencie to powiedziałeś? - ale co? W grudniu pochowałem ojca. Trzy tygodnie temu naród pochował ojca narodu, a jakoś nikt mi morałów nie prawi. Chuju. Patrzysz na rozkład - pierwszy tramwaj za trzydzieści dwie minuty, czyli mniej więcej tyle ile zajmie ci dojście z buta. Więc idziesz, bo co będziesz tak stał. Dochodzisz, a przy końcu trasy mija cie tramwaj, a ty masz wątpliwość: może lepiej było poczekać ... Będzie krótko, bo mam takiego kaca, że ból mi wielki sprawia stukot klawiszy. Stukot to okropnie dziwne słowo, jak jakiś ptak egzotyczny ... Jeżeli wydaje ci się, że strasznie pierdoliłeś na imprezie, to znaczy, że pierdoliłeś bardziej niż ci się wydaje. Chcąc uniknąć koszmarów, nie zasypiaj na bani przy muzyce poważnej. Gdyby mojego aktualnego kaca można było narysować na wykresie, gdyby można go było przedstawić za pomocą słupków, sinusoid, tendencji wzrostowych i spadkowych ... to chuj wam w dupę. Ludzie powinni być większymi chujami, nie żeby chuje mieli większe, tylko chujami większymi być powinni czasem. Sam nie jestem odpowiednio wielkim chujem, przez co nie mówię ludziom co o nich myślę, co mnie o zgrozo, trwogą napawa. Ostatni wpis na tym blogu, przed spektakularnym samobójstwem, będzie o tym co myślę o tobie, tobie, tobie i tobie. Jakoś teraz mija rok jak palenie rzuciłem. Oczywiście zostawiłem sobie jeszcze kilka nałogów żebym w każdej chwili mógł sobie udowodnić jaki to jestem twardy, jaką to wolę mam silną. Kiedyś musiałem poznać drugiego człowieka, żeby stwierdzić, że jest idiotą. Dzisiaj nie muszę. Zagadałem do dziewczęcia w tramwaju: - nie kasuje kasownik? - a skąd mam wiedzieć? - a nie, bo myślałem, że skasowałaś - nie skasowałam - nigdy nie kasujesz? - miesięczny mam. Tramwaj się zatrzymał a ona wyszła. I chyba nie był to jej przystanek. Niektórzy mają fazy na zupę. Wielu ma fazę na zupę, zwłaszcza na kacu. Ja zup nigdy nie lubiłem. Tak samo jak nie uznaję gorących kubków! Nie można nic co słone pić z kubka! Wyszło słońce, można opalić lufę. Jeden młody człowiek łabędzie moczem karmił. Wprost do Odry sikał i wcale się nie stresował, że łabędzi stado się gapi na jego chuja. Ja bym się czuł nieswojo. Kołyska do brzuszków gapi się na mnie z wyrzutem. że jej nie zadowalam, a pieprzony program, który podkreśla błędy mnie już irytuje, gdyż wg. niego nie ma słowa 'zadawalam' ... zresztą ma rację bo po 13 sekundach wpadłem, że pisze się 'zadowalam'. W szkicach znalazłem też takie coś: "dzień bez uśmiechu dzień straconym, śmiech to zdrowie, życie jest po to aby się cieszyć". Sabotaż, na bank. W sklepie osiedlowym kupiłem kiedyś 2 kiełbasy białe za 5 zł, a dzisiaj dałem za dwie podobne gabarytem jeno 3,50 i się zastanawiam czy nie zostałem wychujany wcześniej w bombkę. Zaprawdę powiadam ja wam! Ktoś, kto prosi o jedzenie albo o kasę na jedzenie zamiast 'do wina' jest niewiarygodny i perfidny. Jak można ufać komuś kto nie pije, a nie ma na jedzenie? Gdybym był kobietą nigdy bym nie pozwolił sobie na zadawanie się z kolesiem, co nadużywa gry na gitarze widmo.
wtorek, 27 września 2011
Byłem dzisiaj na Palikocie, ale się spóźniłem. Studenctwo na ulicach się pojawiło i momentalnie głupotą śmierdzieć zaczęło. Stoją na tych przystankach, siedzą w tych tramwajach. Chleją alkohole tanie, acz wytrawne i zróżnicowane w swoich komunach paryskich, wersal na wersalkach w dizajnie chałupniczym odpierdalając. Nienawidzę studentów. Aniołek Jarosława chce żeby nie było odpłatności za drugi kierunek studiów, a ja chcę żeby studiowanie dwóch kierunków w ogóle zabronione było. Zabronić na kilka lat studiowania kierunków humanistycznych, niech odpocznie rynek. Zabrać zniżki wszelakie, stypendia ukrócić i porządek zrobić w głowach durnej młodzieży. Otworzyć domy opieki dla bezrobotnych humanistów, gdzie można by zatrudnić bezrobotnych absolwentów psychologii i pedagogiki. Niech malują bombki, zajmują się rękodziełem, niech czują się królami życia ... Dzisiaj można wygrać 50 baniek w totolotka. Z tej okazji życzę wam, żeby żaden wasz znajomy nie wygrał. Gdybym wygrał kupiłbym sobie bilet miesięczny. Na wszystkie linie kurwo! - jak to młodzież zwykła mawiać w internecie.
wtorek, 06 września 2011
Śniło mi się, że pracuję w Biedronce, za kasą. Wszyscy uśmiechnięci, twarze ładne, dziewczęta urodziwe, może nawet za urodziwe jak na Biedronkę, młode. Chłopacy mniej urodziwi, ale też uśmiechnięci, opowiadają o satysfakcji, zarobkach w porządku, o darmowych biletach do kina, wyjazdach integracyjnych, że rozwój i że uczą się tyle. Ja zaś za kasą dumnie się prężę, nie wstydząc się sąsiadów, rodziny, znajomych ... Mało tego! Oni tak z podziwem na mnie patrzą: "ten to się ustawił" - jakby powiedzieć chcieli i ... się obudziłem. Poszedłem kupę i czytam ulotkę z okazji piętnastolecia istnienia biedronki. Okazuje się że to wszystko prawda, ponadto mają wydawnictwo, gazetę taką: "Nasza Biedronka" się nazywa.
wtorek, 08 marca 2011
W szpitalu oprócz lekarzy są również panie, które dbają o czystość, baaa sterylność nawet. Są to w porządku kobiety, pracę rzetelnie wykonują i jarają fajki tylko przy otwartym oknie. Jest tam taka jedna, która powiada, że od osiemnastki w zawodzie robi, teraz ma tak ze trzy lata przed eldoradem, emeryturrą znaczysie. Ale to jeszcze trzy lata nim będzie zwiedzać świat beztrosko, fiordy zobaczy, piramidy i wieżę ajflę. No i tak sprząta te kupy, myje podłogę, targa łóżka z sali do sali, a z nią kilka innych podobnych, o usposobieniu podobnym. Zarabiają tak z tyś i dwieście, ale to mniejsza. My z kolegą akurat przerwę mieli, to siedzieli my na kanapie jak lordy i zajadali się kanapkami, a panie zapierdalały z mopami. Kolega kulturalny, a jakże, manierami chciał przycynić, że z domu wychowanie należyte wyniósł, zajadając się, podpierając łokciami, nogi unosząc, żeby panie mogły mopem przejechać, zaintował frazes: - wszystkiego najlepszego drogie panie z okazji waszego święta!! Możliwe, że nietakt. A TU SOM MOJE ŻYCZENIA Z TAMTEGO ROKU, BO ŻYCZENIA SOM PONADCZASOWE.
piątek, 04 marca 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
Pojechałem na tę galę. Obiecali koszta dojazdu drugą klasą zwrócić, obiecali kimę załatwić i śniadanie nawet obiecali, to pojechałem. Miałem nie jechać, ale zadzwoniła do mnie pani jakaś i powiedziała, że fajnie będzie, że będzie można poznać innych - proszę ja was - blogerów, że będzie afterek, żebym wpadał, będzie szałowo, i tak namawiała i namawiała ... wiedziała, że mam problem z asertywnością. Pozwolili mi też zabrać osobę towarzyszącą, to wziąłem. Zanim napiszę jak byczo się bawiłem, pochwalę się szybko jaki słodki smoltok odbyłem w sklepie. Dzień dobry, dzień dobry - ale to jeszcze nie smoltok, to żadna sztuka, zwykłe tam grzeczności i tyleż. Ale dalej już srogo było. Ja mówię, że dwa browarki, że tu mam buteleczki, a tu są pieniążki, ona że w porząsiu, sięga do lodówki, ja mówię hola hola proszę pani, mrozy takie, da pani ciepłe, ona że panie kolego, te lodówki anplagd, okiem mruga wypowiedź okraszając. No to gites malina – myślę. I teraz najlepsze prawie! Ona mówi, a papierosy pan chciał, czy mi się zdawało? Na to ja, zdawało się pani, a przełożony ekspedientki z żartem, pani jadziu, pani nie wciska towaru klientom, zwłaszcza papierochów, może pan nie pali. Na co ja, że spoko, że palę, ale w kieszeni mam całą paczkę. I jakby mnie szatan opętał walę spontana, parę z gęby puszczam elegancko, jak na gawędziarza klasy pierwszej przystało: - ale rzucam! I lawina tekstów z dupy wziętych: jak każdy! - przełożony ripostuje, na co ja: - nie no, ja na poważnie, - taką silna wolę pan ma?, - nie, doświadczenie niemałe, rzucałem setki razy! Sztucznym śmiechem skwitowaliśmy dialog i do więzienia, do więzienia, śmiech i poszedłem. Dumny jak paw. No a na tej gali to nie było tak źle. Hotel git i za free, z kiblem i wanną. Klimatyzacja, ogrzewanie jakieś tajemnicze bo żeberek nie widziałem. Rozpracować chciałem, ale się nie udało. Przyjebałem lansiarsko, badawczo tak z pięści w ścianę i do dziewczyny rzekłem: - gipskarton maleńka! Ta z podziwem puściła mi oko. Mniejsza. Blisko było do PKP, blisko było do teatru, wspaniałe zagranie ze strony organizatorów. Patrzę lodówka, a w niej staf na libację dla krasnoludków. Już się zabierałem, ale się okazało, że cennik jakiś leżał, nie od parady pomyślałem, poskromiłem popęd i poszedłem się umyć. Choć myłem się rano! Teraz szału macicy wszystkie laski dostają, jaki to ja zadbany! Nie inaczej. Poszli my. Doszli my. A tam batman taki na ścianie teatru, tylko że ‘blog roku’, a nie batman. Weszli my, ja podszedłem do stolika mówię do dziewczyn, że jestem Tomek, przyjechałem się naszamać za friko, proszę o identyfikator i gadżety, bo gdyby nie było gadżetów byłbym rozczarowany. Owszem, były gadżety, jakieś drętwe czasopisma dla ambitnych, długopis, i obrazek matki boskiej, tylko że zamiast matki boskiej, na nim było napisane, że dla tomka, że splendor i sława, że winszujemy i gratulujemy nominacji do oskara. Dyskomfort czułem, wszak nie za wporzo tak te dyplomy, gazety gadżety, strasznie nieporęczny ekwipunek. Zwłaszcza, że nie miałem rąk coby szampana pochwycić, co za darmo przy wejściu był. Parcia na poznawanie blogerów nie miałem, ale poznałem jednego takiego co z bratem przyjechał. Brat nawet zabawny i przytargał mi szampana, więc od razu respektu nabrałem. Zresztą filozofię podobną mieli, naszamać się i napić, może odwalić jakąś wiochę. Potem jakiś irytujący koleś się przysiadł, który opanował sztukę smoltokingu do perfekcji i czarował słowem bez puenty kilka minut. Ja się uśmiechałem, próbowałem coś powiedzieć, nie wyszło, zasepleniłem trochę ... poszedł sobie zarywać blogerki. Ogłosili, że zaczynamy! Wypiłem dwa kieliszki jednym duszkiem, imponując blogerkom po prawicy mojej i poszedłem szoł oglądać. Na scenie Janiak i jakaś pani co miała na imię Magda, może to nawet ta co mnie namówiła, bo też Magda była. Idę miejsce zająć, szychy w pierwszym rzędzie obczaiłem nieśmiało. Przeprosiłem panią Jolę K. bo smoltok prowadziła i nie kminiła, że ludzie idą. Spokojnie, za złe nie mam. Zaczęło się. Jakieś tam kategorię, mało mnie to interesowało, interesowała mnie tylko kategoria moja. I kiedy już doszedłem z Janiakiem prawie do satysfakcjonującego mnie momentu. Się okazało, że lać mi się chce i to porządnie. Mówię do dziewczyny, że lać mi się chce, co robić? Poradź, doradź, powiedziała, żebym siedział, wszak filmują, nie można łazić, psuć szoł! A kamer faktycznie jak psów, statywów i tych innych. Wytrzymałem chwilkę i poszedłem jednakże, przedzierając się przez te przewody, obiektywy i inne takie. Nie wygrałem w swojej kategorii się okazało. I już w myślach, że jenyyy noo! Tyle czasu, przesiadek, w pociągu męczarni, kasy w plecy na kebaba, bo coś jeść trzeba było, choć mieliśmy kanapki, ale mało. Myślę wychodzimy! Zahaczymy o żabkę i zrobimy bibę w pokoju hotelowym, może zaprosimy sąsiadów, będzie fajnie. Zaczął grać Smolik. Muzycznie mnie nie zachwycił, myślę jednak, że to wporzo gość, taki bez parcia na smoltoki i ma wyjebane na szmatławe gadaniny zapoznawcze, czy dysputy do wyrzygania o niczym. No nic tam, skończył wreszcie i okazało się, że jeszcze jakieś wyróżnienia są. Jakaś andzia-nieborak dostała, powiedziała, że męża na wycieczkę weźmie. Myślę wporzo, jedźcie, tylko nie do Egiptu, bo słyszałem, że tam straszny tłok w centrum. No i całkiem zabawny koleś co na scenie był, mówi, że drugie wyróżnienie dla dajdwiefajki. No proszę, wstałem i poszedłem ku sławie. Zestresowałem się kurwa jak cipeczka słodka! Teraz żałuję, że nigdy na ochotnika do referatu się nie zgłosiłem, że nigdy na apelu wiersza nie mówiłem, że uciekałem jak był występ na dzień nauczyciela! Miałbym jakieś doświadczenie. Odebrałem tego oskara i powiedziałem tak: - dziękuję bardzo, mój blog jest znany z tego, że dużo przeklinam ... żenująca pauza i jeszcze bardziej żenujące ... to tyle! Teraz się wytłumaczę, to miał być sarkazm, ironicznie chciałem do tekstu Janiaka podejść, co to powiedział wcześniej, że ja dużo przeklinam. Jeśli ktoś między wierszami, żałosną mową mą ciała wyczytał, założenie wychwycił to dziękuję i całuję serdecznie! Miało być śmiesznie wyszło chujowo. Co prawda ludzie się śmieli, pani Czubaszek się tak rozkosznie spojrzała jak na słodkiego szczeniaczka który wali łbem w szybę, bo nie kmini, że przejścia nie ma. Zabrałem kupony, wołczery, oskara i usiadłem na miejscu. Potem to już tylko przekąski i wóda podwójna dla mnie i mojej dziewczyny. Jak się już podjębałem ciut słodziej to podchodziłem do baru i mówiłem, podwójna wódka, a z czym to mnie pan zaskocz. Żaden nie napluł. Kilka osób podeszło, zagaiło, pogratulowało. Odbyłem jakiś smoltok jeden z drugim. Głównie jednak jadłem, piłem i myślałem co zrobić z tymi płytami, kuponami, wołczerami ... wszak nieporęczne to takie. Zmyliśmy się tak koło pierwszej. Do hotelu poszliśmy, były dwa łóżka, wyspałem się jak nigdy. Z całego wyjazdu najmilej będę wspominał hotelowe łóżka właśnie, smacznego kebaba koło pkp i panią która rozwoziła kawę w pociągu. Zblazowana jak wszystkie kasjerki razem wzięte pociągowa stjuardesa ujęła mnie wielce. Pozdrawiam panią. Nie było najgorzej, ja dalej jestem w szoku, że onet się nie bał i nie wstydził mnie na scenę wpuścić. Konkluzja jest taka: Nie ja się zeszmaciłem, tylko onet dojrzał! Może nie jestem już taki alternatywny, ale nadal całkiem fajny. Zapytajcie Piotrka.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Ja to walentynki pierdolę, ale żeby nie było, matki boskiej gromnicznej też hucznie nie obchodzę. Wstałemże rano i poszedłem do roboty fizycznej. Zebranie się zajęło mi jakieś siedem minut. Odlałem się, twarz lodowatą wodą obmyłem, wytarłem twarz i usiadłem na łóżku, twarz cały czas tę samą w dłoniach trzymając do siebie mówiąc: - ja pierdolę, kurwa Tomasz, ja pierdolę, Tomasz ja pierdolę - rytuału dopełniając. Wyszłem na dwór, ubrawszy się uprzednio, niedostatecznie jak się okazało. Było mi kurewsko zimno gdyż wiało, zawiewało srogo, falami zawiewało, a powrotu po cieplejszą odzież nie brałem pod uwagę gdyż poranna mantra zajęła mi zbyt dużo czasu. Szłem. Po kilku próbach udało mi się odpalić papierocha marki łest. Szłem żwawo. Paliłem, szlugę trzymając naprzemiennie dłonie obie wykorzystując. Dym wydmuchywałem od strony ulicy, nie chcąc na przechodniów tym dymem. W kiosku kupiłem paczkę chusteczek, wysmarkałem się i szłem dalej. Szłem tak około minut dwudziestu, pod koniec odpaliłem szlugę następną, odruch wymiotny przeczekałem i szłem dalej, skończyłem akurat gdy doszłem pod fizycznej pracy miejsce. Na schodach łapię zadyszkę zazwyczaj, i tym razem złapałem, brnę lecz. Przez osiem godzin pracy, za wiele nie myślałem, a już na pewno nie myślałem o walentynkach, o miłości święcie, o dniu zakochanych. Wyszłem i odpaliłem szlugę trzecią, chłopców mijając zakochanych raczej, gdyż z kwiatkemi szli kawalery. Minąłem też kilka dodatkowych z kwiatami stoisk. Składowe takiego stoiska to wiadro i kilka w nim tulipanów. Wartość takiego tulipana na stoisku raczej gorszej marki, to zet pięćdziesiąt, co jest ceną dobrą jakby nie było. Obsługa trochę śmierdzi życiem, marketing żaden, ale ujmujące bardziej niż jednorożec w kerfurze. Nie skuszam się jednakowoż. Skuszam się na wędliny zakup. Kolejki spore, gadżety schodzą. Są poduszki, są maskotki, są wydania specjalne łakoci. Obserwuję zblazowane twarze kolesi z kwiatkiem, dumy ja w nich nie widzę, zażenowanie lekkie z nutką "ja pierdolę". Dziewczęta zaś myślą, że wporzo gest. Chyba, że jaka alternatywna, co na fejsie "Pierdoli Walentynki". Ja na taśmie mam proszek do prania i podwawelską - głupio mi było, wszak to mało świąteczna konfiguracja. Wyszłem ze sklepu i zapaliłem. Poszłem do domu, przyrządziłem posiłek, zrobiłem pranie. Teraz siedzę i wreszcie myślę. Siedzę, popijam Harnasia z promocji - afrodyzjak sprzyjający walentynkowej masturbacji, słucham Wojtka Mazolewskiego, walentynkowego albumu 'Grzybobranie' i planuję wcześniej niż zwykle zasnąć. Nie dlatego, że prostacko świętować chcę krócej. Wyspać się chce, bo w łikend za dużo spałem i jestem zmęczony. Mało mam przygód ostatnio. Jak tu bloga pisać. Miłujcie się. ... a jak już naprawdę nie macie kogo to mnie możecie. ... chociaż też bez przesady.
wtorek, 08 lutego 2011
Poszedłem na kompromis z życiem. Nie ograniczyłem cholesterolu, ograniczyłem jedzenie do minimum. Zacząłem pracować fizycznie, przestałem myśleć, czytać i pisać. Uczę się sztuki smoltokingu i pracuję nad asertywnością. Miewam zaparcia umysłu i nie tylko. Bolą mnie cztery zęby na raz, ale tylko gdy zaczynam czuć się szczęśliwy. Na bóle egzystencjalne nie mam siły. Dalej nie słucham dżezu, do teatru nawet jak miewam za co nie chodzę. Myślę, że dorosłem do tego by pokazać się publicznie w dresie. Dorosłem też do kilku innych rzeczy. Mogę na przykład bez zażenowania wymienić kilka ambitnych filmów i powiedzieć, że są chujowe. Ambicję mam, jedną na razie - chciałbym umieć na oko określić wielkość wiertła. Zakupy dalej robię tylko w kerfurze i macham głową gdy pytają o kartę rodzinkę: - Nie mam karty, nie mam rodzinki. Gdybym był wirtuozem pianina i tak grałbym disco polo.
środa, 26 stycznia 2011
Wiecie co? Pierdolę się za bardzo, ze wszystkim się za bardzo pierdolę. To przez moją asertywność, co jej nie mam. Jednakowoż nie będę się pierdolił, przynajmniej tera - tu i tera! Zablokowali mi konto na fejsbuku, a ja się pierdoliłem, zamiast swojego fejsbuka założyć. Po robocie fizycznej poszedłem coś zjeść. Patrzę, a tam hamburdogi, knysze, tosty i zapiekanki, wszystko od piątki wzwyż. Kupiłem hamburdoga bo na zdjęciu się największy wydawał. Się okazało, że koleś po mnie się nie pierdolił, wziął knyszę, zet w koszta doliczył i była ona w pipę przeogromna. Gdybym się nie pierdolił też bym wziął knyszę. Chciałem się gościa od tejże zapytać ile mięcha - czy wporzo, czy raczej słabo w punkcie gastro zapodają, ale się pierdoliłem i nie zapytałem. Albo się pierdolę na oddziale czy szluga można skonsumować na klatce. Chodzę, czaję czy ordynator nie idzie, siostra jaka nie przykmini, że walę fajką, a tu przychodzi gość ze złośliwym płuc, wyciąga Wajsroja czerwonego i się nie pierdoli. Jeszcze mnie edukuje: "- słuchaj pan, tu jest tekturka, a za tekturką kubeczek, uchylasz okno, strzepujesz do kubeczka, kubeczek po wszystkim na śrubce za kaloryferem i po sprawie" Wróciłem na przykład z kerfura, total wypas bez pierdolenia. Szybki marsz alejkami, najpierw browar, potem woda - wiadomomo, jajka w promocji, sopocka deka dwadzieścia, dwie podwawelskie, fasolka, chleb w cenie raczej gites i do kasy. Jak się człowiek nie pierdoli to nawet kolejek nie ma. Podwawelską kupną sprzed chwili bym spożył, ale patrzę talerzy czystych nie ma, szybka myśl - nie ma co się Tomasz pierdolić - zjadłem na brudnym. Można panie kolego? Można. W życiu nie ma co się pierdolić - bo jak się człowiek nie pierdoli, to nawet mu puenta wyjdzie nielicha.
czwartek, 23 grudnia 2010
poniedziałek, 13 grudnia 2010
|
Archiwum
Zakładki:
ARCHIWUM Bloga oraz mail do mnie:
Inne takie fajne rzeczy
Nakarm głodne dziecko
Naprawdę muszę się ostro nudzić żeby to czytać, ale i tak lepsze to niż Dżo:
| ||||||||||||||||||||||||