Ostatnio jestem tak znudzony, że wyciągam z bankomatu dwudziestki, tylko po to, żeby mieć okazje się przejść do niego ponownie. Jestem tak zblazowany, że idę do Kerfura okrężną drogą, aby potem, idąc po kajzerki za 14 groszy zwiedzić dział ogrodniczy, sportowy, motoryzacyjny i wszystkie inne. Maszeruję slalomem, wpatrując się namiętnie najpierw w węże ogrodowe, następnie naczynia na wagę, potem zabawki dla dziewczynek i chłopców. Mijam dział z odzieżą męską, gdzie udając, że tylko tamtędy przechodzę, rozglądam się za jakimś stylowym ciuchem. Potem dział z chemią, następnie rybny, mięsny, warzywa, owoce i wracam do działu z alkoholem z zamiarem zakupu jednego piwa. Zaprzątając umysł jakimś gównem, biorę trzy, niby że odruchowo. I gdy już jestem prawie przy bułkach, wracam do działu z napojami, gdzie biorę sok dwulitrowy, który odkąd pamiętam jest w promocji - zawsze 50% gratis. Już nawet nie potrafię sobie wyobrazić tej etykiety bez promocji. Zastanawiam się czego jeszcze potrzebuję. Abstrahując od miłości, bliskości, ciepła, stabilizacji, pieniędzy ... myślę, może jakiś cukier, może sól, a może pieprz albo majonez. Nie nie, wszystko mam, a nawet jeśli nie mam, to po co mi właściwie majonez albo sól, albo cukier, albo pieprz ... obejdzie się przecież.
A może kupię czipsy? Wracam do działu z napojami odkładam sok i zamieniam go na wodę mineralną lekko gazowaną, żeby zmieścić się w limicie wydatków na dziś. Szybka (siedmiominutowa) decyzja i biorę solone, które kiedy już jestem przy pieczywie, decyduje się zamienić na zieloną cebulkę. Wracam zatem, zamieniam, gdy nagle świta mi myśl: - a może zrezygnuje z tego luksusu? Coby nie tracić czasu na rozważanie, szybko skręcam w lewo do działu z jajkami, przy którym spędzam zwykle dłuższą chwilę. Bo jakkolwiek jajka się między sobą wybitnie nie różnią, tak największy mam problem z wyborem. Sześć, a może dziesięć? A dlaczego te są za 4,25, te zaś za 5,45? Czemu istnieje hierarchia kurzych jaj? Czy są kury, które znoszą lepsze jajka i są też takie co znoszą gorsze? Może i są. Może karmione lepiej, może bezstresowo wychowywane, może warunki lepsze mają. A nawet jeśli, to jak tę różnice rozpoznać? Koneserem jaj nie jestem, ale zauważyć zdążyłem, że te tańsze nie różnią się od tych droższych. Pamiętam, że ojciec różnice widział! – Tomek! – powiadał - pamiętaj, nigdy nie kupuj jaj tam i tam i tam. Bo dobre jaja są tylko tam i tam i może tam, ale nie zawsze!
Kupuję w końcu te średnie. Idę po kajzerki, przechodząc ponownie przez dział rybny. Chyba lubię ten zapach ryb, ryby lubię. Nigdy jednak nie decyduję się na zakup. Z wiadomej przyczyny - skoro mam problem z decyzją jakie jajka kupić, co dopiero by było z rybami, na których się zupełnie nie znam. Ojciec się na rybach znał. Wiedział, że jak rybę to wyłącznie tam i nigdzie indziej! Czasem mam ochotę na wędzoną makrele, ale dziś przecież środa, a makrelę tylko w piątek na śniadanie się jada. Pewnych nawyków się nie wyzbędę.
Gdy już zakupię kajzerki - rzecz bądź co bądź niezbędną, pierwszej potrzeby produkt, który z racji architektury sklepu, zwykle kupujemy na końcu - poszukuję kasy przy której stanąć by było miło w kolejce.
Zaczyna się selekcja. Wiadomo, odpadają praktykantki - pewnie policzy więcej albo coś. Tych po pięćdziesiątce też nie biorę pod uwagę, bo z racji wieku bardziej podatne są na pomyłki z niekorzyścią dla mnie oczywiście. Nie wiem dlaczego najbardziej ufam mężczyznom w średnim wieku. Pewnie dlatego, że sam nim jestem. Jednakże istotne jest też kto w kolejce stoi. Jeżeli jest to para staruszków z wózkiem, w którym znajdują się produkty AGD wiadomo, że przy kasie będzie problem. A to cena była inna podana, a to karta rodzinka się zapodziała. Najlepiej wybierać zatem kolejki przy których stoją raczej młodzi mężczyźni, z produktami, nie wzbudzającymi podejrzeń i wątpliwości przy kasie.
Ale może jednak kupię te czipsy? No dobra, nim znów się zacznę zastanawiać, pędzę przez dział z kosmetykami, później napojami, biorę z półki paprykowe i wracam do kasy, do kolejki, w której się relaksuje, obserwując sfrustrowane oblicza młodych kasjerek, które mnie tak strasznie kręcą, o czym już zresztą nie raz wspominałem.
Wracam. Ponownie okrężną drogą, ponownie spoglądając na twarz pani od Polsatu Cyfrowego, którą z każdej strony mijają setki ludzi dziennie, ta zaś na swoim netbooku, dyskretnie sprawdza naszą-klasę, zwykle jednak udając, że czyta wiadomości na Onecie. Później pani z kwiatami pod schodami, której nikt prócz mnie nie zauważa. Dziewczyna z hot-dogami i irytujące laski za ladą w KFC, którego nienawidzę. Później sklepy z odzieżą i młode dziewczęta w nich znudzone, które zachowaniem przypominają manekiny.
Ciekawy jest sklep z wykładzinami, w którym natężenie klienta liche, a sprzedawców przynajmniej czterech snujących się wśród dywanów, linoleum i różnego rodzaju chodniczków. Już nawet rozmawiać ze sobą im się nie chce. Po prostu chodzą jak w transie. Obok sklep ze sprzętem sportowym, w którym ktoś mierzy buty narciarskie, kombinezon albo wiązania zakupuje, bo kroi się wyjazd do Szczyrku.
Spadam stąd, wychodzę. Zwalniam przed automatycznymi drzwiami, bo nigdy nie wiadomo czy się otworzą, czy nie? Zwykle się otwierają, ale idąc szybkim krokiem, zastanawiając się dlaczego kupiłem paprykowe, skoro mam ochotę na zieloną cebulkę, można nie zdążyć wyhamować i narazić się na uraz fizyczny, co w powiązaniu z nie najlepszym stanem psychicznym stanowić będzie nie nazbyt korzystne zestawienie. W każdym razie drzwi się otwierają. Jedne, potem drugie, wychodzę, spadam stąd. Po drodze rozmyślam jak będzie miło obejrzeć film, który wyłączę jak tylko skończy mi się piwo ...
... bo nie robią już dobrych filmów.
Choć polecić chciałem film „Funny People”, który to był naprawdę zabawny.